W Budapeszcie walczy się o Pragę, Brukselę… a przede wszystkim o Budapeszt

Deník Alarm
W Budapeszcie walczy się o Pragę, Brukselę… a przede wszystkim o Budapeszt

Po szesnastu latach rządów węgierski konserwatysta Viktor Orbán stoi wobec zagrożenia porażki. Co tak naprawdę może się skończyć – a co się zaczyna?

Węgry mają znaczenie daleko poza granicami kraju. Nie tylko dlatego, że tamtejszy premier od czasu do czasu udaje się paraliżować Unię Europejską różnymi formami szantażu prawem weta. Dla wielu stał się również symbolem i wzorem. U nas również politycy rządzący rywalizują, kto bardziej bizarnie odda cześć Viktorowi Orbánowi: na przykład minister spraw zagranicznych Petr Macinka powiedział, że ludzie jak Michelangelo Buonarroti rodzą się raz na pięćset lat, a jeden taki teraz przewodniczy węgierskiemu rządowi. Jako długoletni dworzanin Václava Klause, Macinka najwyraźniej ma doświadczenie w formułowaniu bardzo bizarnych pochlebstw. Dla premiera Andrzeja Babiša Viktor Orbán za minionego reżimu był „właściwie takim Václavem Havlem”. W związku z tym, kim był w tamtym czasie sam Babiš, należy rozumieć jego podziw dla Orbána i Havla – właśnie tak, jak to, że nie potrafi ich od siebie odróżnić.

Bonanzą dla reżimu Orbána stały się fundusze europejskie. Podczas gdy Polska – wśród partii politycznych – zdołała mniej więcej wykorzystać je do szeroko zakrojonej modernizacji, w Czechach i na Węgrzech stały się źródłem masowego wyzysku i rozkradania.

Jednak Orbán nie czerpie wsparcia tylko ze Środkowej Europy. Wyrazili mu je bezpośrednio w Budapeszcie na przykład prezydent Argentyny Javier Milei i minister spraw zagranicznych Trumpa Marco Rubio, podobnie jak przewodnicząca Alternatywy dla Niemiec Alice Weidel. Do wyborów ma przyjechać jeszcze wiceprezydent Trumpa J. D. Vance. Dla krajowych konserwatystów, swobodnie przechodzących do skrajnej prawicy, Orbán jest symbolem i inspiracją. Gdyby Węgry były trochę większe, byłyby dla tej „reakcyjnej internacjonalny” jej Związkiem Radzieckim. Początkowo wyglądało też na to, że w przedwyborczej Budapeszcie pojawi się nawet prezydent Stanów Zjednoczonych. Jednak ten ma obecnie nieco inne sprawy na głowie, a przede wszystkim rzadko jest widywany z kimś, kto przegrywa. A porażka Orbána tym razem bardzo poważnie zagraża.

Orbánizm jako logika polityczna

Przedstawiciel antyreżimowej młodzieży i bohater demonstracji końca lat osiemdziesiątych Viktor Orbán jest premierem od 2010 roku, czyli od szesnastu lat. Jego partia, czerpiąca z dziedzictwa niegdyś antykomunistycznych ruchów, nadal nosi nazwę Związek Młodych Demokratów (Fidesz), choć pamiętającym te słynne lata jest tak samo jak sam Orbán po sześćdziesiątce. Był premierem już w latach 1998–2002, a potem tę czteroletnią kadencję skomentował słowami: „Byliśmy u władzy, ale nie u mocy”. Gdy potem przegrał, zareagował na porażkę równie charakterystycznie: „Naród nie może być w opozycji”.

Droga do triumfalnego powrotu prowadziła przez głęboką kryzys połowy lat 2000., w tym przez szeroko zakrojone i brutalnie tłumione demonstracje w 2006 roku. Łączyły one wspomnienie rocznicy sowieckiej inwazji z 1956 roku z protestem przeciwko hipokryzji i korupcji obecnego węgierskiego establishmentu, symbolizowanego przez socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsányiego, który łączył komunistyczną przeszłość z dużym bogactwem z prywatyzacji. Do historii przeszedł też słowami z zamkniętego spotkania: „Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy w południe, kłamaliśmy wieczorem”. Postkomuniści i liberałowie byli współodpowiedzialni nie tylko za nieudany proces transformacji, ale także za masową kryzys ekonomiczny drugiej połowy lat 2000. Orbán przeciw nim postawił imponującą retorykę, łączącą antykomunizm z krytyką transformacji i nacjonalizmem. Triumfalnie wygrał wybory i powrócił na stanowisko premiera – z konstytucyjną większością, która pozwoliła mu zmieniać kraj. Już był nie tylko u władzy, już był w rządzie.

I działał. Udało mu się zdyskredytować opozycję i niezależne media, a także stworzył nowy reżim. Nadał mu nawet efektowne nazwy. Najbardziej rezonowała „liberalna demokracja”, która stała się bojowym hasłem z krytycznego konceptu Farída Zakariy. Hasło to sprytnie sugerowało nieprawdę, że „liberalna demokracja” oznacza rządy liberałów (a więc ograniczenie demokracji) – a jednocześnie wywoływało wrażenie, że ta liberalna tyrania zostanie złamana, gdy pozbędzie się różnych ograniczeń chroniących prawa mniejszości, pluralizm polityczny i kontrolę nad władzą. Demokracja zamiast nich ma oznaczać nieograniczoną „władzę ludu”, delegowaną na jego trybunę. (Często „demokracja nieliberalna” jest tłumaczona dosłownie jako „nieliberalna demokracja”. To mylące – „irracjonalność” też nie tłumaczymy jako zwykłą „nierozumność” czy „nielogiczność”, dobrze zdajemy sobie sprawę, że negacja racjonalności tworzy nową jakość. Z „demokracją nieliberalną” jest tak samo.)

Swoim reżimem Orbán nazwał „systemem współpracy narodowej”. Prawniczka Kim Scheppele mówiła o „frankensteinowskim państwie”, a politolodzy Ivan Krastev i Stephen Holmes rozwinęli tę metaforę: Orbán korzysta z różnych instytucji politycznych z różnych kontekstów, tworząc razem bizarną kolaż, który ograniczał możliwości opozycji politycznej i utrzymywał go u władzy. Jak dodają historyk Balázs Trencsényi i ekonomista János Mátyás Kovács, właśnie logika kolażu i majsterkowania jest dla Orbána charakterystyczna. Orbán podkreśla wizję jedności narodowej, ale ta jedność jest kolorowa (pozwólmy sobie na dłuższy cytat, ponieważ orbánizm charakteryzuje się trafnie i barwnie):

„Oferuje neoliberalne polityki gospodarcze zagranicznym inwestorom i wsparcie państwowe dla krajowych przedsiębiorstw, punkt wyjścia do podważania jedności UE i NATO przez siły rosyjskie; tradycyjne normy staroświeckich konserwatystów, permanentna mobilizacja tych, którzy pragną solidarności społecznej, nękanie społeczeństwa obywatelskiego tych, którzy nostalgicznie spoglądają na horthyowski i kadaryjski policji państwowej, obrona judeo-chrześcijańskiego dziedzictwa przeciwko islamowi nieortodoksyjnym frakcjom żydowskim i charyzmatycznym neoprotestantom; polityczne religie z kultem bohatera i kwazeschizofolityczny narratyw kolektywnego grzechu i zbawienia dla sekularnych postchrześcijan… antykosmopolityczne kampanie z rasistowskimi podtekstami, nowa inkarnacja radykalnej prawicy międzywojennej; etniczne parki rozrywki dla zachodnich zwolenników białej supremacji, ale także atrakcyjne lokalizacje dla afrykańskich i azjatyckich studentów z ofertą taniego europejskiego dyplomu uniwersyteckiego; raj podatkowy i brama do UE dla chińskich, izraelskich, rosyjskich, syryjskich i tureckich biznesmenów; rzekoma regionalna potęga dla globalnych zwolenników anty-liberalizmu i nacjonalistycznego egoizmu; a jednocześnie uległy i współpracujący subregion gospodarczy niemieckiej przestrzeni przemysłowej dla technokratów wierzących w nieideologiczną zależność gospodarczą. System współpracy narodowej traktuje społeczności apolityczne raczej liberalnie, pozostawiając im przestrzeń dla większości ich prywatnych decyzji, w tym stylu życia i orientacji seksualnej, choć jednocześnie reżimowi wpływowi prowokują i upokarzają ich ideały. Jeszcze gorszy jest los liberalnych i lewicowych (a później także prawicowych, ale antyrządowych) aktywistów i ich organizacji: są skazani na stawienie czoła całemu repertuarowi oszczerczych kampanii w mediach kontrolowanych przez rząd i agresywnym środowisku instytucjonalnym.”

Za pomocą tak zróżnicowanego wsparcia Orbán budował znaczącą bazę poparcia. Korzenie tego podejścia sięgają niektórych autorów, takich jak Béla Greskovits, już do jego pracy dyplomowej z 1987 roku, która dotyczyła analizy polskiego ruchu opozycyjnego z wykorzystaniem Antonio Gramsciego i w końcowym wniosku stwierdzała: „W kontraście do Europy Zachodniej, gdzie ruchy zwykle wyrastają z społeczeństwa obywatelskiego, w Polsce społeczeństwo obywatelskie zostało stworzone przez ruchy.” Przedstawienie, że społeczeństwo obywatelskie tworzą działania polityczne, czy to ruchy, partie polityczne czy liderzy polityczni, przeniósł też Orbán do czasów postkomunistycznych. Gdy został wypchnięty do opozycji, opierał się na rozbudowanych ruchach „obozów obywatelskich”, a w ostatnich latach reaktywował je i próbował mobilizować do działań w cyberprzestrzeni jako „cyfrowe obozy obywatelskie”.

Podkreślał nie tylko budowanie poparcia społecznego (i zdominowanie mediów), ale także tworzenie podstaw ideologicznych. Jak ukazuje politolog Gábor Scheiring, Orbán zainwestował publiczne pieniądze w szereg krajowo-konserwatywnych think-tanków. Największym z nich, Kolegium Matyáša Korvína, łączyło w sobie uczelnię wyższą, think-tank i instytucję propagandową. Orbán finansował je z budżetu i jednocześnie dawał udziały w niektórych przedsiębiorstwach państwowych. W 2021 roku było to 1,7 miliarda USD, co stanowiło ponad 1 procent węgierszego PKB i więcej niż roczny budżet na szkolnictwo wyższe. Z takim budżetem mógł oferować hojne stypendia konserwatywnym myślicielom i publicystom, takim jak Rod Dreher, albo od razu zatrudniać ich jako szefów oddziałów w Brukseli, jak Frank Furedi.

Ci ludzie udzielają potem wywiadów międzynarodowym mediom konserwatywnym (w Czechach dla tygodnika Echo) i barwnie opowiadają, jak Węgry są świetnym krajem, a Orbán jest wielkim politykiem. Z Czechów węgierscy konserwatyści zaprosili do wystąpienia w Brukseli historyka Miroslava Vaňka, a ten, po tym jak w wyniku skandalu z długoletnim molestowaniem studentek stracił poważniejszą platformę do wystąpień, chętnie opisał straszne historie rzekomo zniszczonego przez kulturę ofiary. Ale wielki czeski historyk ustnej historii oczywiście odgrywa tylko rolę statysty. Według Scheiringa, Orbánowi udało się, przy użyciu budżetu państwowego i kontaktów części brytyjskich i amerykańskich konserwatystów, stworzyć „transatlantycki skrajnie prawicowy ekosystem”, który staje się jednym z najbardziej wyrazistych źródeł trumpizmu w Unii Europejskiej.

Charakterystyczne dla orbánizmu stały się publiczne kampanie. Viktor Orbán umiejętnie podgrzewał narodowe traumy – oprócz wspomnień o sowieckiej okupacji i masakrze z 1956 roku, jeszcze bardziej o Traktacie Trianon z 1920 roku, który rozbił dotychczasowe Węgry i pozbawił je około dwóch trzecich terytorium i mieszkańców. Od obrony „węgierskiego narodu” (przede wszystkim masowego rozdawania węgierskiego obywatelstwa członkom mniejszości węgierskich, zwłaszcza na Słowacji, w Rumunii i na Ukrainie) Orbán jednak przeszedł głównie do „obrony zachodniej cywilizacji” i podżegania przeciwko uchodźcom i ich zwolennikom podczas kryzysu migracyjnego.

Przywilejową rolę odegrał tu amerykański finansista George Soros pochodzący z węgierskiej żydowskiej rodziny, który potem wspierał dysydentów i społeczeństwo obywatelskie w Europie Środkowej. Jego Uniwersytet Środkowoeuropejski Orbán wypędził z Węgier, a kampania przeciwko niemu miała szereg antysemickich cech. Jej strategami byli amerykańscy technolodzy polityczni Arthur Finkelstein i George Birnbaum, do tej pory pracujący głównie dla amerykańskich Republikanów i izraelskiego nacjonalisty Netanjahu. Relatywnie późno, dopiero podczas pandemii COVID-19, celem nienawiści stali się także geje i lesbijki. Gdy wtedy pytałem swoich węgierskich przyjaciół, dlaczego Orbán zwrócił się przeciwko nim właśnie teraz, odpowiadali z pewnym cynizmem: „Po prostu nie zostało mu już nikt inny”.

Chciwość jednego poligonta

Cynizm jest na miejscu. Orbán jest tworem politycznym, dla niego ważna jest ideologia i pozwala mówić o sobie, że jedno popołudnie w tygodniu poświęca na czytanie tekstów politycznych. Jego system jest jednak także systemem korupcyjnym. Analityk i były polityk Bálint Magyar określił go jako „ośmiornicę” i „postkomunistyczny mafijny państwo”, w którym zamiast zbrodniczego „zorganizowanego półświatka” rządzi „zorganizowana nadświat”. Ważne jest rozróżnienie między „oligarchami” a „poligarchami”: oligarchowie wykorzystują swoje zasadniczo legalne bogactwo do nielegalnego zdobywania wpływów na politykę, poligarchowie zaś zamieniają swoją władzę polityczną na nielegalne bogactwo. (Schemat autora tu oczywiście upraszczam: powiązanie władzy politycznej i gospodarczej podważa ostatecznie legitymację obu, zarówno majątku, jak i władzy.)

Podczas gdy Czechy, Strnada, Křetínský, Babiš i niegdyś także Kellner to kraj oligarchii, Węgry to przede wszystkim kraj poligarchii. Podczas gdy Klaus realizował swój program przeniesienia bogactwa społecznego w ręce czeskich prywatyzatorów już w latach dziewięćdziesiątych, Orbán budował węgierską burżuazję dopiero po 2010 roku. Może dlatego węgierscy oligarchowie są raczej biedniejszymi krewnymi niż czescy, a wielu z nich jest dosłownie odwołanych od władzy politycznej. Najbogatszy Węgier, Lőrinc Mészáros, jest przyjacielem Orbána z dzieciństwa i jak sam wyraził, „w tym, że tak daleko zaszedłem, na pewno rolę odegrali Bóg, szczęście i osobowość Viktora Orbána”. Do grona dwudziestu najbogatszych Węgrów dołączył też zięć premiera, István Tiborcz. Ten oczywiście podkreśla, że pomógł sobie w osiągnięciu sukcesu bez względu na wpływową protekcję. Zeszłoroczny dokument Dynastia oferuje inny obraz; jest dostępny także z czeskimi napisami. Przyjacielem Orbána z dzieciństwa i sojusznikiem oligarchicznym był także Lajos Simicska, który jednak próbował się sprzeciwić. Spektakularnie przegrał i oznaczało to dla niego nie tylko koniec ambicji politycznych, ale także koniec działalności gospodarczej.