Drogi i błądzenia słowackiej lewicy po Aksamitnej Rewolucji I.

Kapitál
Drogi i błądzenia słowackiej lewicy po Aksamitnej Rewolucji I.

Dlaczego lewica po listopadzie 89 była nieudana? Opanowały ją historyczne uprzedzenia, globalizacja i reformy neoliberalne, które tłumiły socjaldemokrację. Co przeszkadzało w stworzeniu alternatywy i jakie wyzwania stały przed słowacką lewicą w transformacji?

Pytanie, które pozostało otwarte, to dlaczego lewica po listopadzie '89 była tak nieudana, gdy nadzieje – zarówno politycznie, jak i światopoglądowo – skierowane były raczej ku lewicowo-humanistycznemu programowi.

Uważam, że odpowiedź tkwi w dwóch przecięciach tej nadziei. Po pierwsze w otwarciu kwestii ustroju państwowego. A następnie w zdecydowanym starciu z doktryną gospodarczą thatcherowsko-reaganowską, która w tamtym czasie podbiła świat i którą znamy jako neoliberalizm. To pierwsze, ustrojowe przecięcie, było wynikiem naszego własnego historycznego ruchu. To drugie było światowym ruchem – pierwszą formą globalizacji, tak jak się działo w przestrzeni pax americana. Tak, zarówno krajowe, jak i światowe dzieje nie dało się uniknąć.

Historyczne uprzedzenia

Okres napiętej walki o ustrojowe ukształtowanie państwa z jednej strony i profilowanie się wobec Mečiara z drugiej strony dawał bardzo mało miejsca na tematykę polityki socjaldemokratycznej. Co więcej, trzy podstawowe doświadczenia historyczne – i to nie pozytywne – wciąż żyły w starszej części społeczeństwa. Przede wszystkim chodziło o czesnosłowacki profil pierwszorepublikowej socjaldemokracji – ten odstraszał wszystkich, którzy czuli potrzebę dokończenia słowackiego procesu emancypacyjnego. W duchowie i hierarchii kościelnej nadal utrzymywał się uprzedzenie o ateistycznym charakterze socjaldemokracji. No i dla tych, którzy przyjęli bolszewicko-rewolucyjną retorykę, socjaldemokraci byli zdrajcami, kolaborantami z prawicą. Nie zapominajmy, że socjaldemokracja była oprócz jednej we wszystkich rządach pierwszorepublikowego Czechosłowacji.

A wreszcie był też czwarty, nowy uprzedzenie. Dla wszystkich, którzy chcieli być jak najdalej od komunizmu, od byłego reżimu, socjaldemokracja była jednak lewicą. A bardziej wykształceni czy pamiętający jej nie darzyli jej złączaniem z komunistami podczas Powstania.

Wszystkie wspomniane poglądy choć nie tworzyły większościowej opinii społecznej, to jednak były hamującymi momentami. Gdy zostałem przewodniczącym Socjaldemokratycznej Partii Słowacji (SDSS), stanęła przede mną paląca kwestia: Jak pokonać ten historyczny ciężar?

Jak z tego wyjść?

Próbowałem pokonać to dziedzictwo Dérerowskie powrotem do pierwotnych korzeni socjaldemokracji reprezentowanej jeszcze przez Emanuela Lehockiego. Człowieka, który świetnie połączył program narodowy (wówczas antymaďarowski) z walką o prawa socjalne i polityczne. Po prostu pokazać, że istnieje postępowa tradycja narodowa, którą trzeba pielęgnować, a nie jest prawdą, że tylko Hlinkowcy, ludowcy mają monopol na program narodowy. I że do tego nowoczesnego programu narodowego należy europejskość, a nie czesnosłowackość.

Ale w tamtym okresie – ściśle podzielonym na „obywateli i narodowców” – nie była na Słowacji atmosfera dla nowej wizji naruszającej stulecie utartych stereotypów. Wtedy to mogło się wydawać jako czysto wewnętrzny problem formującej się socjaldemokratycznej partii. Chociaż problem, od którego – moim zdaniem – w pełni zależało, czy uda się zreformować socjaldemokrację jako sposób myślenia, odczuwania i zachowania przynajmniej części Słowaków i Słowaczek.

Samotność Valtra Komárka

Jednocześnie, jak już wspomniałem, toczy się tu walka – równoległa i nierówna – o społeczno-ekonomiczny charakter nowego reżimu. Już wspominałem, że krótko po listopadzie 1989 dominowała koncepcja stopniowej transformacji planowanej gospodarki na rynkową z konceptem małej prywatyzacji i deetatizacji dużych przedsiębiorstw (ich przemiany w spółki akcyjne własnościowe, ale niepowiązane z budżetem państwa).

Reprezentant tej koncepcji Valtr Komárek wszedł do polityki w dresie czeskiej socjaldemokracji. Znamy się i mieliśmy dobry kontakt. W wyborach w roku 1992 odbył ze mną jako lider listy Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej (ČSSD) całą serię wyborczą po Słowacji. Był jednoznacznym konfederalistą. Namówiłem go, by wypowiedział się za konfederacją także w publicznej telewizji słowackiej (STV). Wspominam to, ponieważ był pierwszym czeskim politykiem, który dopuszczał zmianę ustrojową. Petr Pithart tylko niejasno wypowiadał się o „dwojdomku”.

Ekonomiczne wizje Komárka nie tylko znałem, ale także konsultowałem. Z organizacją NEZES – Niezależni Ekonomiści Słowacji miałem od początku relacje zawodowe, część jej członków była także w SDSS. Mieli dość jasną wizję transformacji gospodarki, choć w kwestiach charakteru państwa i systemu społecznego ich poglądy były mniej dopracowane i bardziej zróżnicowane.

Jednakże Komárek i jego stopniowcy, którzy nawet z poparciem Občanského fóra i prezydenta Václava Havla kształtowali pierwsze miesiące powojennej polityki gospodarczej, przegrali swoją walkę. Przełamał ich Václav Klaus ze swoją ekipą: z bohaterowską suwerennością uruchomił uniwersalną prywatyzację kuponową, liberalizację cen, płac i walut. Prezydent Havel nawet nie zaprotestował, poddał się natychmiast i zbierał międzynarodowe punkty i sławę moralizującymi wystąpieniami w parlamentach mocarstw: społeczno-ekonomiczna rzeczywistość była mu obca.

Socjaldemokracja była wtedy w Czechach i na Słowacji słaba. I w końcu nie miała też możliwości oprzeć się jakiejkolwiek alternatywnej wizji, którą oferowaliby zachodnioeuropejscy socjaldemokraci. Zaraz po Niezłomnej Rewolucji odwiedziłem dziesiątki konferencji socjaldemokratycznych, seminariów, dyskusji – zapraszano nas z hojnością, tym większą, im mniejsza była pomoc. Nie mam na myśli pomocy finansowej, lecz ideową, programową alternatywę szokowej terapii, socjaldemokratyczny koncept nowej gospodarki. W socjaldemokratycznym koszyku nie było nic, co by oferowało zasadniczą alternatywę.

Klausowy thatcherizm jako strategia antykomunistyczna

Ci, którzy pragnęli naśladować Zachód, nie widzieli ani nie szukali alternatywy wobec klausowsko-neoliberalnej terapii. I tak ją wspierali nie dla jej społeczno-ekonomicznej treści, lecz dlatego, że mitycznie postrzegali ją jako skuteczną i radykalną strategię antykomunistyczną. Mieli trudności z poszukiwaniem alternatywy, nie mieli odwagi ani wiedzy – zarówno słowaccy, jak i czescy politycy, intelektualiści, dziennikarze czy naukowcy. Odwagi, bo nie chcieli wystawiać się na masową krytykę prawicy. I wiedzy, bo rezygnacja z poszukiwania alternatywy nie otworzyła im przestrzeni dla polityki społeczno-ekonomicznej, która była testowana w północnej Europie.

Przywódcy VPN i inne partie polityczne, w tym „reformująca się” Partia Demokratycznej Lewicy (SDĽ), nie byli w stanie odkryć za hasłami wolnego rynku, wolnego przedsiębiorstwa, efektywności własności prywatnej, ideologię neokonserwatyzmu i neoliberalizmu. Ani też oprzeć się presji międzynarodowej USA, Wielkiej Brytanii czy siły tak zwanego Washington Consensus. W końcu to był Zachód, za którym tęsknili.

W końcu wiele silnych i tradycyjnych socjaldemokratycznych partii – w tym niemiecka Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) czy brytyjscy labourzyści – przesunęły się od polityki państwa socjalnego bardziej ku elastyczności rynkowej. Klausowy (u nas Kučeráków i Miklošów) radykalizm rynkowy przyjęli słowaccy intelektualiści bezkrytycznie jako skuteczną strategię antykomunistyczną. Dość ironicznie, w czasie, gdy komuniści już nie mieli żadnej władzy.

Neoliberalizm jako lekarstwo na „komunistyczną mentalność”

Tak powstał kolejny mit na usprawiedliwienie tej strategii: tłumienie utrzymującej się „komunistycznej mentalności” w nas. Bo jednak żyliśmy w socjalizmie. Ten mit jest żywy i żyje do dziś. Wszystko negatywne jest zawsze skutkiem nieprzezwyciężonych resztek „komunistycznej mentalności”. Że taka nie istnieje, jest całkiem oczywiste. A wspomniane „mentalne” negatywy są wynikiem pewnych cech ludzi – zwykłych w każdej społeczności. Cech, które należą do repertuaru ludzkiego działania, ale które właśnie nowy reżim neoliberalny niekontrolowanie uwolnił.

Polskie elity polityczne i intelektualne, które opanowały dyskurs publiczny, nie widziały ani nie potrafiły odszyfrować treści tej „szokowej” transformacji, ani dostrzec alternatyw. Martin M. Šimečka w swoich wywiadach stwierdza, że „polska przestrzeń intelektualna na długo znalazła się w niewoli uprzedzeń i pogardy wobec każdego, kto odważył się przyznać do lewicowych skłonności”. O słabości polskich intelektualistów z „jądra VPN” mówi też ich akceptacja praskich koncepcji: ideologii własności prywatnej, ale też idei obywatelstwa użytej jako narzędzia ideologicznego do odrzucania legitymnego ruchu emancypacyjnego Polaków jako narodu.

Co więcej, nie tylko bezkrytycznie przyjmowali, ale także tworzyli utopijną koncepcję Zachodu, który dla nich wtedy stanowił – tak jak i dziś – niekrytyczny, superlatywny ideał. Pięknie widać to różnicę między autentycznością lat 60. a imitacją lat 90. XX wieku: polscy i czescy intelektualiści i artyści lat 60. szukali rozwiązań, form, wyrazu, przedstawienia z własnych źródeł myślenia i wartości. To właśnie ta autentyczność była poszukiwaniem owej „trzeciej drogi”, którą potem prawicowi radykałowie z VPN i Občianskej demokratickej únie (ODÚ) wyśmiewali i zredukowali do politycznej utopii i iluzji socjalistów. I przyjęli bezmyślnie skonstruowaną wizję Zachodu, naszego wzoru, bez elementarnej wiedzy, co się tak naprawdę dzieje w rzeczywistych krajach tego obszaru.

Nie ulega wątpliwości, że istniała też alternatywa, właśnie socjaldemokratyczna. Jednak była wtedy marginalna, słaba, kto by się do niej przyłączył z głównego i rządzącego nurtu do pobocznego, zepchniętego na margines? Jak to potrafił zrobić Alexander Dubček, którego właśnie ci intelektualiści wyśmiewali! I jak to zrobili inni, którzy wierzyli w wartości socjaldemokracji.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że nawet w szerszej przestrzeni środkowoeuropejskiej nie było sił, które by nawiązały na przykład do wspomnianego złotego wieku lat 60. XX wieku. Upadek komunizmu jako reżimu i sowieckiego bloku jako podmiot geopolitczny wywołał potem nacisk na wszystkie lewicowe siły, także te, które często rządziły – jak socjaldemokratyczne partie. Nacisk, który doprowadził je do koncepcji tak zwanego nowego centrum: mieszanki doktryny wolnorynkowej i polityki państwa opiekuńczego. (Ostatecznie, moim zdaniem, nie można twierdzić, że ta polityka była nieudana, bo stworzyła interesującą kombinację konkurencyjnej gospodarki i ubezpieczeń społecznych, ale z drugiej strony poważnie osłabiła siłę roboczą na rynku pracy. Ale to temat na inną dyskusję).

A co z komunistami, czyli właściwie postkomunistami? Bo ci, którzy się nie przekształcili w „demokratyczną lewicę” i pozostali komunistami, stracili w Słowacji – w odróżnieniu od czeskich sąsiadów – jakiekolwiek poważne poparcie. O tym następnym razem.