Europa jest na tym gospodarczo lepiej, niż się mówi. Na razie
Deník Alarm
Często powtarzana prawda o opóźnieniu gospodarki europejskiej wymaga bardziej szczegółowego spojrzenia na liczby.
Argument o zaostającej europejskiej gospodarce w porównaniu z USA opiera się na mylących statystykach. Dzisiejszy zachodnioeuropejski dobrobyt z dostępem do opieki zdrowotnej i edukacji, wsparty silnym państwem socjalnym, nadal jest z perspektywy przeważającej części świata godny zazdrości. Niemniej jednak, obawa o przyszłość europejskiej gospodarki jest uzasadniona.
Problem polega na tym, że Europa z powodu swojej rozdrobnienia i braku zdolności inwestowania w przyszłość nie jest w stanie skalować swojego potencjału.
Lenka Zlámalová, ikona czeskiego niezależnego neoliberalizmu, w swojej serii „Zlámalová wyjaśnia” analizuje przyczyny zaostawania europejskiej gospodarki za amerykańską. Jej „analiza” jest w wielu aspektach typowa dla tego gatunku. Zaostawanie Europy Zlámalová traktuje jako fakt bez dyskusji o istotnych danych i koncepcjach. Winni europejskiego upadku są tradycyjni: Zielony Ład, przesadna biurokracja, wysokie podatki… Główna komentatorka mediów należących do Daniela Křetínskiego i Patrika Tkáča wykorzystuje narrację upadku (opartą na nieistotnych danych) do delegitymizacji europejskiej polityki klimatycznej. W końcu nie jest w tym obszarze sama.
Laureat Nagrody Nobla: Europa radzi sobie tak samo jak USA
Nieświadoma tego, na analizę Zlámalové odpowiedział Paul Krugman. Publicysta The New York Times i laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w swoim Substacku analizuje, dlaczego wielu komentatorów w Europie i USA opiera się na nieodpowiednich metrykach. Poniżej znajduje się wykres, który Zlámalová pokazała w swoim filmie. Według niej w 2008 roku gospodarka USA i UE była na podobnym poziomie, a w 2024 roku amerykańska była o około 50 procent większa.

Wykres przedstawia produkt krajowy brutto „w dolarach według cen bieżących”, uwzględniający spadek euro względem dolara amerykańskiego w tym okresie. Przy przeliczeniu na dolary wystarczy, aby euro osłabło, a PKB krajów europejskich na wykresie „zmniejszy się” – mimo że rzeczywista produkcja dóbr i usług w Europie pozostanie taka sama.

Lepszą metryką jest porównanie rozwoju PKB w cenach stałych (w naszym przypadku w cenach z 2015 roku), które oczyszcza wynik z ruchów kursów walutowych i porównuje objętość wyprodukowanych dóbr i usług w obu gospodarkach. Nawet na tym wykresie gospodarka amerykańska jest znacznie wyższa niż europejska, choć już „tylko” o około 20 procent. To jednak nie oznacza, że gospodarka amerykańska działa znacznie lepiej niż europejska.

Kolejny wykres pokazuje, że rozwój obu gospodarek jest niemal identyczny. To porównanie PKB w cenach stałych przeliczone na siłę nabywczą, korzystające z tych samych cen dla dóbr i usług w obu gospodarkach. Bez tego przeliczenia gospodarka amerykańska wygląda na większą tylko dlatego, że w USA rzeczy są ogólnie droższe niż w UE. W USA i UE poziom życia rośnie podobnie.
ReklamaJak to możliwe, że jednocześnie realny wzrost amerykański na papierze był wyższy niż europejski? Odpowiedź tkwi w tym, co właściwie mierzy PKB. Realny PKB oblicza się w cenach z określonego roku bazowego – a gdy amerykańskie firmy technologiczne podwajają wydajność, produkcja sektora technologicznego w tych cenach gwałtownie rośnie. Obliczenia PKB w cenach stałych pomijają jednak fakt, że cena technologii spada do połowy. PKB USA rośnie więc szybciej, ale siła nabywcza – czyli to, co ludzie naprawdę mogą kupić za swoje dochody – pozostaje na obu stronach Atlantyku porównywalna. Ameryka rośnie szybciej na papierze, ale z postępu technologicznego Amerykanów i Europejczyków czerpią większą korzyść. Dopóki amerykańskie firmy nie zdobędą większego udziału w dochodach Europejczyków (np. podnosząc ceny usług technologicznych), nie nastąpi duża różnica w poziomie życia.
Jednakże europejski brak postępu w technologiach cyfrowych stanowi poważne ryzyko w postaci zależności UE od amerykańskich czy chińskich technologii, w tym infrastruktury krytycznej. Zaostawanie w rozwoju technologii cyfrowych to dziś głównie ryzyko geopolityczne, a w przyszłości także gospodarcze, jeśli amerykańskie i chińskie korporacje zdobędą większy udział w dochodach europejskich gospodarstw domowych.
Krugman dodaje jednak, że szybki rozwój gigantów cyfrowych nie musi być tylko zwycięstwem – niesie ze sobą także klasę miliarderów z Doliny Krzemowej, którzy coraz bardziej wpływają na politykę. Europejski brak postępu w technologiach cyfrowych może więc paradoksalnie mieć także swoją jasną stronę.
Problemem jest fragmentaryczny rynek, nie zielona transformacja
Zlámalová ma więc rację, bijąc na alarm. Jednak jej identyfikacja problemu jest całkowicie błędna. Upadek przemysłu węglowego nie jest aż tak dużym problemem UE, ile własnego właściciela mediów, w którym Zlámalová działa. Prawdziwym problemem UE – z punktu widzenia mainstreamu – jest to, że nie jest w stanie wejść na szczyt w rozwoju technologicznym i zbudować cyfrowych firm zdolnych konkurować na rynku światowym.
Mario Draghi, były premier Włoch i były prezes Europejskiego Banku Centralnego, w swoim raport o konkurencyjności Europy pokazuje dlaczego. Jego analiza ani propozycje nie są żadnym lewicowym manifestem, którego Zlámalová musiałaby się obawiać. Draghi jest przychylny biznesowi i wolnemu rynkowi. Europa według Draghi ma potencjał innowacyjny, ale nie potrafi go utrzymać w kraju. Ponad jedna trzecia europejskich startupów technologicznych wyjeżdża za granicę, głównie do USA. Draghi identyfikuje dwa kluczowe problemy.
Pierwszym jest fragmentacja regulacyjna. Każda firma, która chce działać w UE, musi pokonywać 27 różnych środowisk prawnych. Draghi podkreśla, że UE dysponuje obecnie około setką ustaw technologicznych i ponad 270 regulatorami aktywnymi w sektorze cyfrowym w różnych państwach członkowskich. Ta fragmentacja regulacyjna jest szczególnie niekorzystna dla rozwijających się startupów. W USA wystarczy jedno środowisko prawne, do którego przenoszą się także europejskie firmy technologiczne.
Drugim problemem jest niewykorzystany potencjał oszczędności europejskich gospodarstw domowych w połączeniu z niskim poziomem inwestycji europejskich. Europejczycy oszczędzają więcej niż Amerykanie, mimo to ich oszczędności nie napędzają projektów inwestycyjnych w Europie, lecz odpływają na amerykańskie rynki akcji.
Raport Draghi’ego oferuje także rozwiązania – ukończenie jednolitego rynku, rozwój unii rynków kapitałowych i inne. Thomas Piketty docenił zwłaszcza to, że raport odrzuca „politykę cięć” i zachęca do europejskich inwestycji publicznych w rozwój kluczowych technologii. Odpowiedzią nie jest więc mniejsza regulacja ani mniejszy państwowy udział, lecz więcej Europy i inwestycji publicznych. Problemem nie jest europejski system socjalny ani zielona polityka, które mają chronić społeczeństwo i przyrodę przed najgorszymi skutkami kapitalizmu. Problemem jest to, że Europa z powodu swojego rozdrobnienia i braku zdolności inwestowania w przyszłość nie jest w stanie skalować swojego potencjału.
Autorka jest ekonomistką.

