Normalizacja moralizacji
Kapitál
Słowackie społeczeństwo stoi w obliczu kryzysu moralności i zaufania do polityków, których obrazy i spory często odzwierciedlają głębsze problemy elit. Jak ten stan wpływa na wyborców i ich zdolność do odróżniania polityki moralnej od programowej?
Kauza Fórum a następująca publiczna dyskusja mówią wiele o słowackim społeczeństwie i tylko niewiele z tego możemy być dumni. Jednym z ciekawych zjawisk jest gotowość coraz bardziej i mniej znanych nazwisk do zajęcia stanowiska, które można by nazwać roboczo „środkowoeuropejską refleksją intelektualną”. A także: obarczyć to narodem. Tak myśleliście, że na naszej stronie barykady nie ma żadnych problemów? To chyba jesteście po prostu prostsi. Naprawdę czekacie na jakiegoś nowego mesjasza, głupcy? Podkreślę, że tak naprawdę nie jest do końca jasne, do kogo kieruje się ten gest – chyba najbardziej do siebie samego. Chociaż można oczekiwać, że ta sprawa osłabi głosy Progresywnej Słowacji (PS), obecne badania pokazują, że Andrea Puková z konta wyborczego na razie nie zebrała więcej niż około procenta. Masowy odwrót od PS – przynajmniej na razie – się nie dzieje. Ta sprawa ma więcej zwolenników i zwolenniczek opiniotwórczych niż wyborców.
Ale do rzeczy. Środkowoeuropejska refleksja intelektualna to tendencja samozachowawcza do delegowania winy na biedne masy i jednocześnie zachowania cichej pobłażliwości wobec własnego środowiska, do którego środowisko intelektualistów i intelektualistek z regionu środkowoeuropejskiego wiąże przynależność stanową. Czyli do środowiska elity politycznej i opiniotwórczej, której postawy i interwencje odgrywają ważną, choć często nie nazwaną rolę w kształtowaniu oczekiwań, marzeń i iluzji elektoratu opozycyjnego. Jeśli dziś patrzymy na zdezorientowanych wyborców i wyborczynie, którzy widzą wszystkie Fafokany Smeru i innych, ale jednocześnie nie potrafią do końca poradzić sobie z Vitra meblami, podwójnymi fakturami i rachunkami telefonicznymi, to może powinniśmy się zapytać, czy przypadkiem nie chodzi – oprócz racjonalnego oczekiwania, że „ich politycy” będą czyści – także o skutki sposobu, w jaki ci, na których patrzą, od dawna kształtują ich polityczną wrażliwość.
Ciagła niezdolność do politycznej integracji i słaby wyczucie gry przyniosły w ostatnich dwóch dekadach liberalno-progresywnemu obozowi i reprezentowanemu przez niego spektrum społecznemu serię rozczarowań i porażeń. Odpowiedzią jego elit na tę długotrwałą kryzys nie był żaden spójny projekt polityczny – nie mówiąc już o takim, który wykraczałby poza przywrócenie jednolitego podatku – ani zamówienie na niego, lecz narastająca moralizacja polityki, która zapewniła proste rozwiązanie politycznego niepowodzenia. W tym zakresie słowacki liberalizm naśladował rozwój globalny, choć w skrajnych warunkach lokalnych. Po zanurzeniu się w czarodziejski garnek dyskursu, z zwykłych medali za udział w wyborach stało się błyszczące moralne zwycięstwo. Deficyt politycznej perspektywy doprowadził do całkowitego sprowadzenia polityki do moralnej tożsamości – roszczenie do autorytetu przesunęło się z wyobrażenia o dobrym programie (partie i ideologie wciąż się zmieniały) na narcystyczne wyobrażenie o roszczeniu się do władzy wyłącznie na podstawie moralności. Z polityki stała się walka dobrych przeciw złym, oczyszczona z jakiejkolwiek ambicji programowej. Nieprzypadkowo niedawny wywiad Michała Šimečki w Dzienniku N zakończył się właśnie tytułem, że jego mama na pewno nie jest „złym człowiekiem”. Slávka Henčeková dla .tyżden z kolei pisze o „dobrym człowieku” Marcie.
Między morbidnymi symptomami tego kryzysu znajduje się rosnąca wiara w polityczne transcendencje, którą chyba najlepiej wyraził Marián Leško w kierkegaardowskiej riposty, że „jedna strona (ma) prawie we wszystkim rację, ale druga strona ma prawie we wszystkim większość”. Ramię w ramię z nią idzie rytualna adoracja liderów, liturgiczne wywyższanie zbawicieli i wytrwała charyzmatyczna konstruacja ich obrazu publicznego – od Radoslava Procházki przez Andreja Kisku, Zuzanę Čaputovą czy Ľudovíta Ódora aż po Michala Šimečku i Ivana Korčoka – i to tylko niepełna lista. Nie pochodzi ona od dołu, od wyborców i wyborczyń, lecz raczej od opiniotwórców i opinotwórczyń, którzy nie potrafią korygować epizodów własnego entuzjazmu wobec każdej nowej twarzy politycznej. Dobrym przykładem jest konstruowanie wizerunku Ivana Korčoka w czasie wyborów prezydenckich, w których z niego stał się „pierwszym wśród równych” i „obywatelem Korčokiem”, stojącym „niewinnie i pokornie” w protestującym tłumie, ucieleśniającym „etos służby obywatelom” (Andrej Bán). Komentatorzy z Korčoka zrobili „symbol demokratycznego ‚my’” i „podstawowych moralnych zasad zachodniej cywilizacji” (Martin M. Šimečka). Zadziałało nawet „to najgłębsze w nas” (Štefan Hríb). Jeszcze nie wygrał, a już został wybrany przez przeznaczenie. Na okładce Dziennika N napisano, że „będzie dobrym prezydentem” (Matúš Kostolný).
Jeśli dziś oburzamy się na naiwną opozycyjną wyborczynię, która myślała, że kariery jej liderów nie będą towarzyszyć moralne przewinienia różnej wielkości, to warto rozważyć, czy nie lepiej skierować swoje oburzenie raczej na elitę opozycyjnego spektrum, która tę elektorat aktywnie wychowuje. Elitę, która w trudnej sytuacji politycznej zrezygnowała z sensownych projektów politycznych i społecznych, zastępując je w pełni niekończącą się moralizacją przestrzeni publicznej i ciągłym tworzeniem panteonu zbawicieli. Oczywiście, wszystko to było opakowane w język racjonalności czy nowoczesności i w odporność na pozornie irracjonalne masy wyborców, patrzące ku koalicyjnym liderom jak Fico. Cóż, jak od dawna wiedzą socjologowie i socjolożki od Émila Durkheima i wierni z niedzielnej szkoły: im bardziej święty obiekt, tym łatwiej zniszczyć jego aurę nawet lekkim dotknięciem świata profańskiego.
Morale z polityki nie można wyrugować, ponieważ walka dobra ze złem jest jej podstawowym smarem – większość procesów społecznych ma ostatecznie wymiar moralny. Jednak można jej wyznaczyć cywilne granice, aby nie skończyła się (siebie)sakralizacją i (siebie)adoracją. Elementem takiego manewru byłoby jednocześnie skierowanie energii środkowoeuropejskiej refleksji intelektualnej na krytykę samozadowolonych kazań opozycyjnych elit politycznych i intelektualnych, zamiast pouczania elektoratu, że przyjmuje atrakcyjne poglądy opiniotwórców. Albo, jeśli ktoś ma na to ochotę, na budowę alternatywnej polityki.

Autor jest socjologiem
Tekst jest częścią projektu PERSPECTIVES - nowej marki dla niezależnego, konstruktywnego i multiperspektywnego dziennikarstwa. Projekt jest finansowany przez Unię Europejską. Wyrażone poglądy i stanowiska są poglądami i oświadczeniami autora(-ów) i nie muszą koniecznie odzwierciedlać poglądy i stanowiska Unii Europejskiej ani Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie odpowiedzialności.